czwartek, 28 marca 2013

sezon na mandarynki 5


5.











Wczoraj powiedzieliśmy sobie tylko: Dobra, to jutro o 20.00 na starym rynku. I jest 20.00 i jestem na starym rynku i czekam na mojego Hiszpana. Ubrałam się w sukienkę, taką letnią, skromną i kwiecistą. Bez szaleństw. Kobieco i słodko. Nie wiem jak mężczyźni reagują na perfumy mojej mamy, tata nigdy jej nie przytula. Zaryzykowałam, psiknęłam się za ucho i na dekolcie. Lubię ładnie i intensywnie pachnieć. Kobieta musi pachnieć. Czekam na Damiano El Hiszpano. Widzę w oddali czarną kupę włosów. Przybliża się, jest już parę metrów ode mnie. Zmierzam go delikatnie wzrokiem. On się uśmiecha, ja się uśmiecham. Moje oczy po kolei spenetrowały każdy element jego ciała. Włosy – ok. Tak samo jak w tramwaju - czyste, kręcone, i czarne. T-shirt najzwyklejszy, czarny. Dość obcisły, odznaczała się jego ładnie zbudowana klata, chyba zauważyłam kontury kaloryferu, ale mogę się mylić. Ale. Ale. Patrzę w dół. I nie wierzę swoim oczom. Co to kurwa ma być. On włożył dzwony. Tak - dzwony, rozszerzane końcówki spodni. Tak po całości, żeby aż buty mu zakrywało. Czekałam tylko jak wyciągnie zza pleców kulę dyskotekową i zacznie mnie obracać w rytm twista. Nie chciałam już patrzeć w dół.
- no czeeeeść Isa! – dał mi niespodziewanego buziaka w policzek
Odwzajemniłam, ale w głowie było mi jedno. Gdzie się ukryć, gdzie znaleźć takie miejsce gdzie ludzie nie patrzą Ci na dół odzienia? Gdzie nikt nie zwróci na to uwagę. Trzeba się gdzieś przetransportować, więc dalekie, piesze wycieczki odpadają. Jeszcze się przewróci o swoje nogawki i co będzie. Gdzieś się ukryć, schować. Najlepiej jakby cały czas siedział po turecku, ukrywając swoje dyskotekowe odzienie. Co robić, co robić.
- Wiesz co Isa, tak pomyślałem sobie, że możemy iść na karuzelę! Przecież od paru dni stoją wielkie maszyny, co Ty na to?
- No dobra, dlaczego nie. Mam nadzieje, że nie zwrócę całego obiadu na Ciebie.
Dlaczego zawsze muszę być tak bezpośrednia i obleśna. To nie zachęca. Głupia ja. Szliśmy „powolnym” krokiem na karuzelę, chciałam wybrać jakąś okrężną drogę. Nie było odwrotu. Hiszpan stał się istnym przewodnikiem stada, chodził tak szybko jak ja biegałam na wfie. Albo ja mam takie małe kroki, albo on jest jakiś nadpobudliwy. Naprawdę miałam wrażenie, że biegnie. Chyba się spieszył na tę karuzelę. Stanęliśmy oboje pod wielkim młotem. Spojrzałam wymownie na Damiana i powiedziałam krótkie NIE.
- Ok, jeśli Ci młot nie przypadł do gustu to może diabelski młyn?
- Wydaje się być bardziej bezpieczny, możemy spróbować.
Wsiedliśmy do jednej z budek. Koleś któremu trzeba było oddać żetony przed podróżą życia był nad wyraz zabawny. Za każdym razem jak się zbliżaliśmy do niego na dół, okręcał nas z całych sił. Jajcarz stulecia normalnie. Nic nie mogliśmy podziwiać. Ani pięknej panoramy Bydgoszczy, ani siebie nawzajem. Za trzecim (ostatnim) razem jak się do niego zbliżaliśmy on już zacierał swoje brudne od żetonów dłonie. Powiedziałam do niego, a raczej wykrzyczałam:
- Panie, skończ już te psikusy bo wcale nie są zabawne ani miłe.
Nic nie zrobił, cofnął się dwa kroki dalej. Damian popatrzył na mnie z uśmiechem i powiedział:
- Ty to umiesz załatwić sprawę.
- Nie będzie mi tu jakiś cieć psuł zabawy za którą zapłaciłam 25 zł.
- No fakt, cieć nie ma tu za wiele rozrywki to urządza sobie takie harce. – uśmiechnął się znów tak samo.
Patrzyłam na panoramę naszego miasta. Słońce przyjemnie świeciło w twarz. Pod nami płynęła Brda, która mieniła się niczym kula dyskotekowa jaką Damian na pewno kitra w swojej czarnej torbie na ramię. Czerwona cegła budynków przy Brdzie wyglądała z lotu ptaka monumentalnie i obco. Gdzieś w oddali wieżowce, blokowiska, kościoły. Patrzyłam na to wszystko z wielkim zachwytem i czułam na sobie wzrok. Damian nie patrzył na to wszystko dookoła nas. Patrzył na mnie. Wychodząc z budki powiedziałam tylko:
- Nie wiedziałam, że Bydgoszcz jest taka piękna. Chyba lubię te miasto, kurde.
- Mój wzrok przykuwałaś najbardziej Ty, a nie jakieś stare kamienice. – powiedział.
- To miło, że jestem ważniejsza dla Ciebie od cegieł.
No cudownie to podsumowałam. Nawet ja nie wiem jakbym na coś takiego odpowiedziała.
- yyy, no miło było. Co teraz robimy? Może wpadniemy do mnie? Mieszkam blisko, chcę Ci coś pokazać.
No Damianek szybciutki jest, jak na Hiszpana przystało. Nie ze mną takie numery. Możemy do niego iść, ale niech mnie dotknie, to wypale mu twarz kwasem. W sumie ciekawe co skrywają jego cztery ściany. Po ubiorze domyślam się, że wielki parkiet do tańczenia przebojów lat 60. Niebiesko-żółto-czerwone neony, oczywiście kula dyskotekowa (ta sama, którą ma teraz w torbie) no i dym, dużo dymu. Głośniki przeogromne, które dudnią niemiłosiernie. Przekonamy się co Damian ma do zaoferowania. Tylko błagam. Jeśli słowa „chcę Ci coś pokazać” to inaczej „pokaże Ci moją wielką pałę, maleńka” to ja dziękuję, wychodzę.

piątek, 15 lutego 2013

sezon na mandarynki 4


4.









Rzucanie palenia dzień 2. Na obiad zjadłam wannę zupy, redlinę ziemniaków, wiadro sosu i pół krowy. Przytyję ze 100 kg jak tak dalej pójdzie. Trzymam się twardo, choć misja pójścia do sklepu po białą, magiczną paczuszkę kusi jak nigdy. Dam radę. Albo chociaż sprawdzę się. Ile dam radę bez fajek. Aby nie myśleć o mym nałogu i nie palić za przystankiem autobusowym czekając na 53, postanowiłam wybrać rower. Lubię na nim jeździć, szczególnie sama. Bardzo szybko jechać z górki i słuchać cool kids of death. Jestem nierozważna, wjeżdżam w wysokie krawężniki, potrącam gołębie i małe dzieci, poczym uciekam z miejsca wypadku. Pewnie na policji już od lat wiszą listy gończe z wielkim napisem WANTED. Czuję, że dali mi już przydomek „kobieta z rowerem.”

Udałam się do mojej dorywczej pracy. Pracuję w tramwaju. Nie jestem motorniczym, ani sprzedawcą biletów. Nie gram też na akordeonie i nie żebrzę pieniędzy trzymając w ręce jakiś brudny, osrany kubek. Pracuję w starym tramwaju na ulicy Długiej gdzie mieści się centrum informacji turystycznej. Siedzę tam, czasem przywitam jakiś turasów i powiem jak dojść na Wyspę Młyńską. Ogólnie siedzę i pachnę. Dzisiaj jakaś jebana parada czy nie wiem co na tej długiej. Rozstawione jakieś stragany, namioty. Wieśniaki sprzedają chleb na zakwasie i jakiś figurki z miodu. Obstawiam, że tego z uszu. Tego co jest gorzki (wiem, bo za dzieciaka każdy to próbował.) Są też jakieś obślizgłe kiełby z których wylewa się tłuszcz oraz inne mazie. Za to obok mojego tramwaju jest wielki niebieski namiot jakiejś prywatnej uczelni. Żeby chodzić na prywatne studia na administracje i jeszcze za nie płacić trzeba naprawdę mieć problem ze swoim życiem. Wchodzę do tramwaju, żeby włączyć facebooka i żeby czekać na zbłąkane duszyczki które nie wiedzą jak dojechać do Focusa. Chęć zapalenia papierosa jest coraz silniejsza. Dam radę. Dam radę.

Pukanie do tramwajowych wrot. Kto normalny puka do tramwaju? Jasne, przecież to całkiem normalne, że zanim wsiądziesz do tramwaju zapukasz do motorniczego, żeby mu pokiwać, uśmiechając się najbardziej szczerze jak potrafisz. Potem mówisz głośno „dzień dobry” wszystkim pasażerom w tramwaju. Wychodzisz na sam środek pojazdu w szarym płaszczu i z ciemnym parasolem. Stepujesz chwilę w czarno-białych butach a na koniec podrzucasz w górę garść cukierków dla pasażerów. Nie, za daleko poszła moja wyobraźnia.
Kto zapukał? Jakiś całkiem przystojny koleś. Ciemne, kręcone włosy, trochę hiszpańska uroda. Uśmiech szeroki, ale przyjemny. Ubrany w uniform z uczelni dla debili. Nawet mi się podoba. Wchodzi i pyta się:

- Nie masz może pożyczyć krzesła? Już nie mogę tyle stać pod tym kretyńskim namiotem.
- No yyy, krzeseł w tym tramwaju dostatetek, panie.

Co ja kurwa powiedziałam. Jeszcze zabrakło w tym ino, jo, na pole. Jak gadam z fajnymi kolesiami zawsze muszę jebnąć taką gafę? Powiedzieć coś jakbym była niedorozwiniętą wsiunką? Zdążyłam to jakoś obrócić. Nie wiem czy w żart, ale w coś.

- To znaczy, bierz. Jest tu kilka.
- Dzięki Ci bardzo… już nie wiem co mam robić to usiądę pod namiotem. Super zwrot akcji w mojej szalonej pracy.
- haha, no ja tutaj też mam istne szaleństwo. Aż jedna stara baba tu przyszła by zapytać się gdzie jest ulica długa, na której się właśnie znajduje.
- Jak Ci się nudzi, to wpadnę tu jeszcze. A teraz idę posiedzieć.
- No zapraszam, cześć.

No to czekam, czekam aż Hiszpan tu wpadnie. Zrobimy sobie ucztę hiszpańską, on wpadnie z czerwoną płachtą na byka, a ja będę w czerwono-czarnej sukience z falbanami. Będę grać na kastanietach i tańczyć. On przegoni byka, zjemy tortille, a potem będziemy mieć niekończącą się sjestę tramwajową. I po jakiejś godzinie tak się stało. Może bez całej hiszpańskiej otoczki, ale wpadł z tym samym uśmiechem co wtedy pytając:

- Masz może papierosa?

Mam. Mam całą paczkę. Zamkniętą. Na wszelki wypadek jakby mnie podkusiło na maksa. Ale co ja mam powiedzieć? "Pewnie, mam akurat przy sobie całą paczkę malboraków! Ale ja nie palę, tylko kupuję na wszelki wypadek, gdy mili chłopcy pytają się mnie o fajkę!" Nie. Żal. Mówię: "no mam, częstuj się." i biorę jednego papierosa do buzi.

- To mój pierwszy papieros dzisiaj. Staram się ograniczać.
- Po co? Na coś trzeba umrzeć!
- Niby tak, ale wolałabym chyba inną śmierć niż rak płuc. Chociaż i tak pewnie wszyscy zginiemy na raka płuc albo wątroby. Z takim trybem życia nie da się inaczej...
- haha, no ja też bym nie chciał tak skończyć. Tak w ogóle to jestem Damian.
- No cześć, ja Isa.

Rozmawialiśmy i rozmawialiśmy. Spaliliśmy całą paczkę fajek, wychodząc co chwila z tramwaju. W między czasie wpadły 3 osoby do nas. Pierwszy koleś dostał ksywkę kiełek. Geneza ksywy jest bardzo prosta, miał tylko jednego zęba. Chciał wiedzieć kiedy w końcu zaczną się jakieś darmowe koncerty na starym rynku, bo chcę w końcu popić bez obaw na mieście. Persona nr 2 to podjaracz. Wlazł do tramwaju z energią jakiej nigdy nie miałam. Gestykulował tak mocno, że prawie rozjebał mi wszystkie kubki z godłem Bydgoszczy. Podniecał się meczem siatkówki i był rudy i brzydki. Wpadł tylko po to żeby o tym pogadać i się popodniecać. Damian wiedział trochę więcej na temat meczu, bo moja wiedza sportowa jest wielka niczym IQ orzecha. Po półgodzinnym wykładzie siatkówkowym przyszła ona. Dama z walizką. Ikona miasta. Kobieta chodząca codziennie po mieście z wielką torbą na kółkach, ubrana zawsze elegancko, wysokie obcasy, długi płaszcz (nawet latem). Okulary zasłaniające twarz, ciemne włosy zawinięte w kok. Ludzie zazwyczaj opowiadają o niej jakieś miejskie legendy. Tak naprawdę to chora kobieta, która jest bardzo zagubiona. Weszła do tramwaju jak do domu. Podeszła do ulotek, wzięła po jednej z każdej. Wyszła bez słowa i wyrzuciła wszystkie ulotki do śmietnika który stał obok tramwaju. Pośmialiśmy się z zachowania każdego z naszych gości, dopowiedzieliśmy co jeszcze mogliby zrobić, śmialiśmy się. Dobrze mi się gadało z Damianem Hiszpanem. Opowiedział mi trochę o swojej pracy, uprzedził że nie studiuję na tej prywatnej uczelni. Jest po AWFie w Gdańsku, kocha sport. Powiedział też w końcu, to na co ciągle czekałam:

- Co robisz jutro?

czwartek, 31 stycznia 2013

sezon na mandarynki 3



3. 





Przed przyjściem ojca obejrzałam dzisiaj reportaż o paleniu papierosów. Jak tak dalej pójdzie i będę palić paczkę papierochów dziennie to umrę za 5 lat + wydam przez te 5 lat 19 tysięcy 710 złotych. Mało korzystne, szczególnie ta druga opcja. Wychodzę z chaty i nie zapalę ani jednego papierocha. Ani jednego, nawet najmniejszego buszka. Gdzieby tu się udać, aby nie zajarać i nie spotkać kogoś kogo się nie lubi lub nie chcę się widzieć. Takie miejsce publiczne w Bydgoszczy nie istnieje, więc dzwonię do Kamy. Chcę iść do niej. Starzy nie palą, ona też nie. Uwielbiam jej rodziców, a brata Błażeja jeszcze bardziej. No a Kama jest moją przyjaciółką. Na pewno chcę opowiedzieć mi o szalonej nocy z Marcinkiem. Dzwonie.
- Cześć, co robisz? gdzie jesteś?
- w chacie.
- Mogę wpaść? Pogadamy o imprezie.
- Wpadaj.
- Co Ty jesteś wkurwiona na coś czy co? Masz głos jakbyś nie srała trzy dni.
- Opowiem jak przyjdziesz.

Coś się stało. Marcin ją olał. Jestem pewna w 3934949903 %. Wchodzę do jej domu, otwiera tata. Jak zawsze uśmiechnięty, nigdy nie przywitał mnie w wytartym, brudnym tshercie i dresach, a co gorsza kalesonach albo w samych majtaskach. Nawet w domu schludnie i fajnie ubrany. Facet z klasą. Zaprowadził mnie do pokoju Kamili i powiedział mi na ucho „ona nie ma coś dzisiaj humoru. Wiem, że Ty ją potrafisz rozweselić, zrób wszystko co w Twojej mocy!” Uśmiechnął się i poszedł w kierunku swoich drzwi. Chciałam mu się rzucić na szyję i powiedzieć : „Zaadoptuj mnie jak najszybciej!” Wchodzę do Kamy a tam: syf jak nigdy, dwulitrowe lody waniliowo-truskawkowe na biurku, stos zwiniętych chusteczek na podłodze, niepomalowana Kama. Coś złego się dzieje.

- ej co jest?! - pytam
- Nienawidzę facetów. Nienawidzę Marcina. Niech wszyscy zginą marnie w piekle kurwa. Najlepiej na miejscówce przy Stalinie. NIENAWIDZĘ, NIENAWIDZĘ, NIENAWIDZĘ!!!
- olał Cię?
- Lepiej. Po Twoim telefonie poświrował trochę, mizialiśmy się i w ogóle. Po czym stwierdził: „W sumie to możesz już spierdalać, tylko nie pisz mi nic na fejsie, bo Magda się wkurwi.”
Wyobrażam sobie jak mówi to zdanie. Cały golutki... ale z kapelusikiem na głowie. Chciałam się zaśmiać, ale nie można. W takich chwilach śmiech nie jest wskazany. Ale kusi mnie, aby zapytać czy miał na sobie kapelusik.
- Wiesz jakie jest moje zdanie o Marcinie? Nie powinnaś w ogóle się z nim interesować. Ale nie będę Ci mamczyć. Stało się i tyle. A jak Ty na to zareagowałaś w ogóle?
- Spojrzałam na niego z nienawiścią i trzasnęłam drzwiami. Byłam w takim szoku, że nawet nie umiałam nic obraźliwego mu powiedzieć. Wchodzę na fejsa. Sprawdzam jego profil, a u góry komunikat "dodaj do znajomych". Jeszcze na koniec wyjebał mnie ze znajomych. JA PIERDOLE CO ZA KUTAS! - mówiła to, prężnie gestykulując. Zawsze to robi gdy jest mega wkurzona.
- Jeszcze z tą Magdą. W ogóle kto to jest? Jest dla niego ktoś z kim się liczy, komu nie zrobił krzywdy? Nie wierzę w to. Ta Magda musi być nieźle pojebana, jeśli mu we wszystko wierzy.
- Nic mi nie mów. Pewnie też jakaś tępa dzida. I wyjebał ze znajomych?! Rozumiesz to?!
- Nie rozumiem... przecież wiesz, że ja ich nigdy nie zrozumiem. Ani ja, ani Ty.

Przytuliłam ją do siebie i najchętniej w tym momencie poszłabym na stacje po wszystkie kanistry z benzyną, wylała ją pod trzypiętrową chatę Marcina i upuściła zapałkę. Tak samo jak na wszystkich gangsterskich filmach. Wybuchłyby wszystkie Justinowskie ciuszki i zużyte prezerwatywy! Nienawidzę go tak samo bardzo jak ona.

wtorek, 29 stycznia 2013

sezon na mandarynki 2


2.



Obudził mnie dzwonek do drzwi. Ja pierdole, na pewno jakieś zgniłe jaja z kupą na skorupce albo sąsiadka nie wyleczyła jeszcze Parkinsona. Chciałam powiedzieć do słuchawki „Czy ja mogłabym się kurwa łaskawie wyspać?!”. Powstrzymałam się, bo dla obcych z reguły staram się być miła, więc pytam się grzecznie: kto tam? Odpowiada mi głos męski, po czterdziestce.



- Tu wiśnia, tata jest?

- yyy nie ma. Będzie po 18 jakoś.

- To dobrze. Mogę pogadać z Tobą?



Zaniepokoiło mnie to trochę. Wiśnia to najlepszy ziomek mojego ojca. Oglądają razem seriale i piją czasami setkę żurawinówki. Czasem też chodzą na jakieś mecze. Prawdziwa rozrywka prawdziwych mężczyzn. Czego on chcę, czterdziestoparolatek, który jest zaszczuty przez żonę. Kobita ciągle przypomina mu o podstawowym wykształceniu i gównianej pracy. Bo praca Wiśni polega na… patroszeniu zwierząt, które nadają się potem do wypchania. Produkuje też szklane oczy do tych obleśnych posągów martwych stworzeń. W sumie też bym miała niezłą zwałę z męża, który wyciąga flaki z sowy. Mniejsza o to. Pan Wiśnia - fakt kiedyś napił się ze mną wódki i powiedział, że ładnie mi w czerwieni. Ale co on kurwa chce?! Mam nadzieje, że nie dojdzie do żadnych czynów. Otwieram drzwi od klatki schodowej, aby mógł wdrapać się na czwarte piętro krótkimi nóżkami. Otwieram drzwi do domu. Wiśnia uśmiecha się i wchodzi do środka. Obejmuje mnie i mówi „cześć Isaaaaaaa!”

Pomyślałam w tym momencie o moich plecach. Przecież były kurewsko spocone, po marszu przebytym od chaty Marcina do mojej. Teraz jego ręce będą śmierdzieć moim potem. Niech nie poczuje, niech nie poczuje. Chuj. Poczuł. Patrzy na swoje dłonie i mówi:



- Co to kurwa?!



To nie był pot, to nie był kurwa pot, jak myślałam. Kolejny raz mój szalony kot zrobił mi surprise do łóżka. Żółte rzygi, o których nie miałam pojęcia. Zmieszana powiedziałam tylko:



- No wie Pan, Kicia lubi czasem sobie zwymiotować w dziwnych miejscach.

- To niezły strumień musi mieć, żeby narzygać Ci aż na plecy! Do karłów to Ty nie należysz. – zaśmiał się trochę.

- Może niech Pan umyje ręce, a ja zrobię kawę, co?

- Tak będzie chyba najlepiej. – wszedł do łazienki a potem do salonu.



Kolejna kompromitacja. W sumie Wiśnia nie jest przysłowiowym Bratem Pittem (kolejny fenomen, którego nie rozumiem), ale jednak jest to człowiek, którego jeszcze kiedyś spotkam, z którym będę rozmawiać. Pierwszym jego skojarzeniem z moją osobą będą rzygi kota na plecach. Fajnie. Poszłam przebrać tshirt i zrobiłam kawę zaciskając przy tym nos. Jak ja nienawidzę zapachu kawy. Jak to można kurwa pić. Gorzki, czarny kał. Położyłam filiżankę na ławie i pytam się:



- To o co chodzi? Coś się stało?

- Znów masz ten czerwony tshirt. – uśmiechnął się spoglądając na mój biust.

- yyy, no tak. Coś na nim jest? Może Kicia znów zrobiła mi mały prezent?

- Nie, jest jak najbardziej w porządku. – uśmiechał się trochę pedofilsko, fuj.

- Tata wraca po 18, nie wiem czy chce się Panu to czekać jeszcze trzy godziny.



Niech kurwa spierdala! Nie chcę z nim tu siedzieć trzy godziny widząc jego obleśny wzrok na moich cyckach. Nie będę mu parzyć kaw, nie będę tańczyć w czerwonym tshirtcie i nie zrobię nic o czym teraz sobie myśli. Nie moja wina, że jego żona jest pojebana i toczy się zamiast iść.



- Jak już mówiłem, nie przyszedłem do niego tylko do Ciebie.

- No to słucham?

- Chodzi o moją córkę…



Kurwa, nie chciałabym mieć takiej córki jak on. Jest rozpieprzoną egoistką i jak coś chcę to tatuś musi kupić. Kiedyś zażyczyła sobie stary, obleśny prochowiec za pół tysiąca. Do tego powiedziała mi kiedyś dzień dobry, jak szła z psem. Chciałam tutaj uwzględnić, że jest rok młodsza ode mnie. Aha, jeszcze zapomniałam dodać, że chodzi w długich feretach i z plastikową różą we włosach.



- Co jest z Asią? – pytam się.

- Ona… ma chłopaka. Podobno go znasz. Powiem Ci, że raczej za nim nie przepadam. Wydaje się być dziwny.

- Ale o kogo chodzi?

- Nazywa się Robert Hejnowicz.



O kurwa. To jest i tak dziwne, że jego córka go lubi. Roberta nikt nigdy nie lubił i tyle. Już za imię go nie lubili. Robert. Jak to w ogóle chujowo brzmi. Kim jest Robert Hejnowicz? Koleś od 9 lat jeździ na jakieś zjazdy rycerzy czy chuj wie co, walczy w zbrojach i jest to jedyna rzecz która go interesuje. Nie gra w fifę, jak każdy normalny chłopak, nie pił nigdy piwa, nie używa komputera. Żyje kurwa jeszcze w średniowieczu. Pewnie nie ma w domu żarówek tylko lampę naftową. Ciekawe jak poznał piękną Asiunię. Obstawiam, że na corocznym zjeździe dla aspołecznych frajerów.



- No znam, ale nie za dobrze. Jest dość dziwny i… niedzisiejszy. – mówię.

- No wiem, zabronił Asi korzystać z Internetu.



Fajny chłopak, nie powiem. Jak ktoś woli napierdalać się na miecze, niż sprawdzić kto jest z kim w związku na facebooku to się nie dziwmy. Jak jakiś krzyżak kurwa. Ciekawe czy śpiewał jej do ucha Bogurodzicę.



- No ale co ja mogę w tej sprawie zrobić?

- Jak to co, wybij jej z głowy tego durnia!

- Chyba nie jestem właściwą osobą. Nie znam za dobrze ani Asi, ani Roberta. Ciężko mi będzie wymyślić jakieś argumenty, aby Asia przestała z nim być.



(no bardzo ciężko kurwa.)



- Asia nie ma przyjaciółek, myślałem, że się lubicie.



No ja się z nią przyjaźnie od zawsze kurwa, wymieniamy się plastikowymi kwiatami.



- Jak już mówiłam, nie znam Asi. Ciężko mi będzie pomóc, może niech Pan z nią po prostu porozmawia? – mówię.

- Myślisz, że nie próbowałem? To nie ma sensu. Ty na pewno masz jakiegoś normalnego chłopaka. Taka ładna dziewczyna jak Ty musi mieć jakiegoś fajnego chłopaka.



No jak chuj. Normalnie na pęczki, ustawiają się do mnie kolejkami jak za czasów komuny.



- Nie mam nikogo.

- To może odbij tego Roberta Asi?!



O niczym innym nie marzę jak o rycerzu Robercie, kurwa. Rozmowa moja i Wiśni do niczego nie doprowadziła i dobrze. Nie doprowadziła ani do zaprzyjaźnienia się z psycholką w kiecach do ziemi, ani do związania się z kolesiem, który nigdy nie używał google. Po wyjściu Wiśni z domu już spać mi się nie chciało. Może samo parzenie kawy mnie pobudziło. Ojciec niedługo wraca, więc ja wybywam. Nie umiem z nim rozmawiać, on też ze mną nie.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

sezon na mandarynki 1





1.



Gdzie ja kurwa jestem? Pomyślałam budząc się w brudnych od mąki ubraniach. Głowa spoczywała mi na wielkim pluszowym królu lwie. Trzeba było podnieść okrutnie ciężki łeb i zwlec się z kanapy, aby w końcu dowieść gdzież spędziłam tą cudowną noc. Dom ogromny, jakieś 3 piętra. Wchodzę do kuchni. Na ziemi i na stole pełno mąki. Szklanki porozbijane, butelki puste, śmierdzi oddechem ogra i rzygami. Prawie potykam się o jakiegoś kolesia leżącego przy lodówce. Nie znam człowieka. Gdy wchodzę do salonu coś zaczyna mi się przypominać. Chyba jestem u tego Marcina. Kama się w nim podkochuje i mnie wzięła. Z resztą podobno wszystkie się w nim podkochują. Nie rozumiem jego fenomenu. Koleś niski, z brodą, która kompletnie mu nie pasuje (Zarost musi pasować do twarzy! Gdy nie urodziłeś się zarostogeniczny, lepiej zejdź z moich oczu). Do tego próbuje być drugim Justinem Timberlakiem. Wyobrażam sobie jak skacze po meblach w swoim wypasionym mieszkaniu. Chybocze się na blacie kuchennym i wydaje z siebie piskliwe dźwięki, które w rezultacie Tworzą zdanie cry me a river. Mam nadzieje, że Kama nie poleciała na jego pedalski kapelusik w stylu Justin T. Nie pamiętam żeby kiedykolwiek go ściągał. Chyba przyrósł do jego czaszki. Są na świecie ludzie, którzy zawsze noszą coś na głowie. Taki np. Rumcajs z czerwonym kapelutkiem. Jestem przekonana, że oni wszyscy coś przed nami ukrywają. Obstawiam, że Marcin zbiera sobie pod kapeluszem numery lasek z którymi spał. Niedługo będzie musiał zakładać magiczny cylinder żeby te wszystkie numerki się pomieściły. No nic. Ani kapelusika, ani też cylindra nie widziałam na swoim horyzoncie. Kama chyba też się szybciej zmyła, miło z jej strony że zostawiła kumpele na pastwę pluszowego króla lwa i mąki w gaciach. Pomyślałam sobie: „czas spierdalać, póki reszta się nie obudzi i nie każe mi zostać i pomóc posprzątać”. Jebać Marcina, na pewno ma mnóstwo dupeczek, które umyją dla niego cyckami podłogę.



Wychodzę cichaczem, potrącam jakieś zielone butelki. Przechodzę przez bramę i zapalam papierosa. I tak jestem zdumiona, że jeszcze jakiś czekał na mnie w tej białej paczuszce za jebane 12,60. Idę trochę zamotana spoglądając na swoje obuwie. Całe kurwa białe! O co chodzi z tą mąką. Czemu było jej pełno w całym mieszkaniu? Może Kama mi opowie, zadzwonie do niej.

- hey –mówię zachrypniętym, przepitym głosem.

- cześć Is. – te dwa słowa są pierwszymi słowami jakie wypowiedziała w dzisiejszym dniu, na bank.

- spałaś, nie? – mówię.

- no obudziłaś mnie, ale to dobrze, bo muszę się zbierać. Gdzie jesteś?

- no ja już wracam do domu a Ty gdzie?

- u Marcina? – Kama z wyrzutem, którego nie cierpię.

- kurwa, sorry ale myślałam że już poszłaś i wyszłam.

- dobra poradzę sobie (eeej, przestań, gadam z Is!) – mówi Kama roześmianym, flirciarskim tonem.

- kto z Tobą jest?

- no… Marcin. – odpowiada trochę nieśmiało, choć jest z tego tak naprawdę w chuj dumna, że ona ma, a ja nie.

- dobra, to powodzenia i fajnych doznań. Ale powiedz mi jeszcze tylko, czemu mam na sobie pełno mąki kurwa?!

- serio nie pamiętasz?

- jakbym pamiętała to bym się kurwa nie pytała.

- Trochę przegięłaś wczoraj. Wzięłaś całą mąkę jaką Marcin miał w domu i rozporządziłaś snow party.

- co kurwaaaaaa? Jakie snow party do chuja?!

- no chciałaś lepić bałwana i zrobić wojnę kulośnieżek czy coś takiego.

- kulośnieżek?! W czerwcu kurwa? Dobra, mogę sobie dopisać kolejny punkt na swojej liście kompromitacyjnej. Nie przeszkadzam, bawcie się.

- No na razie.

- czys.



    To wszystko jasne. Kulośnieżki w gaciach. Nie chcę wiedzieć czy bawiłam się w iglo z tym pasztetem Karkiem, który łaził za mną jak smród po gaciach. Gdy się uśmiecha, mam odruch wymiotny. Zęby ma porośnięte jakimś żółtym parchem. Nie wiem co to kurwa jest, może jakaś odmiana sera pleśniowego.

    Czas na porządny sen. W swoim ciepłym, wygodnym, pachnącym łóżku. Jedyna rzecz o której marzę - jebnąć się w wyro. Wchodzę do pokoju i tak samo jak w amerykańskich filmach patrząc tylko w sufit, spadam bezwładnie plecami na pościel.

czwartek, 24 stycznia 2013

Samotność w czasach popkultury


Naprzeciwko mnie na niebieskich, plastikowych krzesłach, na dworcu PKP w Bydgoszczy siedzi kobieta. Wygląda na czterdzieści parę lat i trzyma w rękach zeszyt i długopis - zupełnie tak samo jak ja teraz. Obok niej leżą dwie torby – jedna w pastelowe kwiaty, a druga z podobizną śpiewającego Elvisa Presleya. Jeszcze dalej stoi brudna szklanka po kawie. Taka „polska”, brązowa szklanka – co w każdym polskim domu być powinna. Na dnie została jeszcze resztka zbitej kawy. Ze szklanki przeniosłam swój wzrok znów na nią. Patrzę na nią i na tego kogoś z kim rozmawia. Kobieta patrzy na puste przed nią krzesło wzrokiem pełnym tęsknoty. Rozmawia z kimś, poucza ją. Bardzo ją kochała, choć popełniła wiele błędów. Opowiada jej o wspomnieniach, o Polsce, poucza ją. Prowadząc ten monolog zapisuje co drugie zdanie w zeszycie, powtarzając je jeszcze raz głośno. Mówi spokojnie, łagodnie, ale niekiedy podniesie głos i mówi „Ty sama siebie tym krzywdzisz!”. Chcę dla niej jak najlepiej. Ciągle mówi i mówi… ale wokół niej jestem tylko ja i Elvis na torbie. Spojrzałam jeszcze raz na nią i pomyślałam sobie jak bardzo nie chciałabym być tak bardzo samotna jak ona.

Samotność w dzisiejszych czasach wydaje się być powszechna. Obserwując inne pary, słysząc te wszystkie historie o zdradach, rozwodach, wypalaniu się, aż chcę się kolokwialnie powiedzieć „miłości nie ma.” Istnieje wśród młodych ludzi jakiś dziwny opór przed uwierzeniem w miłość. Panuje takie założenie, że jak raz się nie udało to i kolejny raz też się uda. Poddajemy się bardzo szybko, wpisujemy to w czarne ramy i doszukujemy się na siłę tych złych stron. Zakochanie się w kimś staje się nie lada wyczynem dla zwykłego śmiertelnika. Nie chcę się w nic wierzyć, ale nie chcę się być samotnym. Nie ma rady na to jak zwalczyć strach przed miłością. Świat singli jest już tak wielki, że niedługo kawalerki staną się najbardziej pożądanymi mieszkaniami. Skoro młodych samotnych jest tak wiele to prawdopodobnie nasze pokolenie na starość też będzie singlem. Powstaną wielkie aglomeracje samotnych ludzi, którzy umierają w swoich pokojach.

Nie chcę rozmawiać tylko ze sobą, nie chcę mieć torby z Elvisem, a tym bardziej nie chcę chodzić z brudną szklanką po dworcu. Nikt nie chcę. Samotność to najgorsza rzecz na świecie.












M.

wtorek, 22 stycznia 2013

Za ryj.


Siedzę w najbrzydszym swetrze na świecie o kolorze sraki. Tak - sraki, nie khaki. Ale pachnie, całkiem ładnie pachnie. Moją mamą pachnie, choć on powiedziałby, że mną. Dzień był zły, cholernie wiercił mi w głowie dziury. Przestraszyłam się dzisiaj sama siebie. Spojrzałam trochę głębiej. Mam ostatnio do czynienia z jakąś dziwną „pewnością siebie” w złym tego słowa znaczeniu. Nawet nie pewnością siebie tylko nawet arogancją i brakiem dojrzałości. Kolejny raz dostałam zjebę za nic. Za ryj.

Każdy zna osobę której nie zna, ale i tak jej nie lubi. Za ryj.

Coraz częściej mi się wydaje, coraz częściej mam wrażenie że i mnie nie lubią za ryj. Może sprecyzuję wyrażenie „Nie lubić za ryj.” – otóż. Nie lubię jej za to, że się ciągle uśmiecha, nie lubię jej jak co chwilę oblizuję usta, nie lubię tego jak wymawia „r”, nie lubię jak wciąż się pyta czy mam notatki, nie lubię patrzeć na jej wysokie buty, nie lubię gdy mówi na facebooku, że ogląda seriale. Nie lubię jej za nic, po prostu. Nie ma konkretnych powodów. Nie lubię Cię za nic.

Nie powinnam tak robić, nie powinnam czuć się lepsza z jakichkolwiek powodów. To, że studiuję fotę, że coś robię w życiu więcej poza piciem piwa na tamie, to że mam czasem dosadne uwagi, że czasem coś lepiej mi wyjdzie, coś gorzej. Nie powinnam myśleć, że jestem lepsza. Nie powinnam patrzeć z góry. To jest złe jak dzisiejszy dzień.







M.