4.
Rzucanie palenia dzień 2. Na obiad
zjadłam wannę zupy, redlinę ziemniaków, wiadro sosu i pół krowy. Przytyję ze
100 kg jak tak dalej pójdzie. Trzymam się twardo, choć misja pójścia do sklepu
po białą, magiczną paczuszkę kusi jak nigdy. Dam radę. Albo chociaż sprawdzę
się. Ile dam radę bez fajek. Aby nie myśleć o mym nałogu i nie palić za
przystankiem autobusowym czekając na 53, postanowiłam wybrać rower. Lubię na
nim jeździć, szczególnie sama. Bardzo szybko jechać z górki i słuchać cool kids
of death. Jestem nierozważna, wjeżdżam w wysokie krawężniki, potrącam gołębie i
małe dzieci, poczym uciekam z miejsca wypadku. Pewnie na policji już od lat
wiszą listy gończe z wielkim napisem WANTED. Czuję, że dali mi już przydomek „kobieta
z rowerem.”
Udałam się do mojej dorywczej pracy.
Pracuję w tramwaju. Nie jestem motorniczym, ani sprzedawcą biletów. Nie gram
też na akordeonie i nie żebrzę pieniędzy trzymając w ręce jakiś brudny, osrany
kubek. Pracuję w starym tramwaju na ulicy Długiej gdzie mieści się centrum
informacji turystycznej. Siedzę tam, czasem przywitam jakiś turasów i powiem
jak dojść na Wyspę Młyńską. Ogólnie siedzę i pachnę. Dzisiaj jakaś jebana
parada czy nie wiem co na tej długiej. Rozstawione jakieś stragany, namioty.
Wieśniaki sprzedają chleb na zakwasie i jakiś figurki z miodu. Obstawiam, że tego
z uszu. Tego co jest gorzki (wiem, bo za dzieciaka każdy to próbował.) Są też
jakieś obślizgłe kiełby z których wylewa się tłuszcz oraz inne mazie. Za to obok
mojego tramwaju jest wielki niebieski namiot jakiejś prywatnej uczelni. Żeby
chodzić na prywatne studia na administracje i jeszcze za nie płacić trzeba naprawdę
mieć problem ze swoim życiem. Wchodzę do tramwaju, żeby włączyć facebooka i
żeby czekać na zbłąkane duszyczki które nie wiedzą jak dojechać do Focusa. Chęć
zapalenia papierosa jest coraz silniejsza. Dam radę. Dam radę.
Pukanie do tramwajowych wrot. Kto
normalny puka do tramwaju? Jasne, przecież to całkiem normalne, że zanim
wsiądziesz do tramwaju zapukasz do motorniczego, żeby mu pokiwać, uśmiechając się
najbardziej szczerze jak potrafisz. Potem mówisz głośno „dzień dobry” wszystkim
pasażerom w tramwaju. Wychodzisz na sam środek pojazdu w szarym płaszczu i z
ciemnym parasolem. Stepujesz chwilę w czarno-białych butach a na koniec podrzucasz
w górę garść cukierków dla pasażerów. Nie, za daleko poszła moja wyobraźnia.
Kto zapukał? Jakiś całkiem przystojny
koleś. Ciemne, kręcone włosy, trochę hiszpańska uroda. Uśmiech szeroki, ale
przyjemny. Ubrany w uniform z uczelni dla debili. Nawet mi się podoba. Wchodzi
i pyta się:
- Nie masz może pożyczyć krzesła? Już nie
mogę tyle stać pod tym kretyńskim namiotem.
- No yyy, krzeseł w tym tramwaju
dostatetek, panie.
Co ja kurwa powiedziałam. Jeszcze
zabrakło w tym ino, jo, na pole. Jak gadam z fajnymi kolesiami zawsze muszę
jebnąć taką gafę? Powiedzieć coś jakbym była niedorozwiniętą wsiunką? Zdążyłam
to jakoś obrócić. Nie wiem czy w żart, ale w coś.
- To znaczy, bierz. Jest tu kilka.
- Dzięki Ci bardzo… już nie wiem co mam
robić to usiądę pod namiotem. Super zwrot akcji w mojej szalonej pracy.
- haha, no ja tutaj też mam istne
szaleństwo. Aż jedna stara baba tu przyszła by zapytać się gdzie jest ulica
długa, na której się właśnie znajduje.
- Jak Ci się nudzi, to wpadnę tu jeszcze.
A teraz idę posiedzieć.
- No zapraszam, cześć.
No to czekam, czekam aż Hiszpan tu
wpadnie. Zrobimy sobie ucztę hiszpańską, on wpadnie z czerwoną płachtą na byka,
a ja będę w czerwono-czarnej sukience z falbanami. Będę grać na kastanietach i
tańczyć. On przegoni byka, zjemy tortille, a potem będziemy mieć niekończącą
się sjestę tramwajową. I po jakiejś godzinie tak się stało. Może bez całej
hiszpańskiej otoczki, ale wpadł z tym samym uśmiechem co wtedy pytając:
- Masz może papierosa?
Mam. Mam całą paczkę. Zamkniętą. Na
wszelki wypadek jakby mnie podkusiło na maksa. Ale co ja mam powiedzieć?
"Pewnie, mam akurat przy sobie całą paczkę malboraków! Ale ja nie palę,
tylko kupuję na wszelki wypadek, gdy mili chłopcy pytają się mnie o
fajkę!" Nie. Żal. Mówię: "no mam, częstuj się." i biorę jednego
papierosa do buzi.
- To mój pierwszy papieros dzisiaj.
Staram się ograniczać.
- Po co? Na coś trzeba umrzeć!
- Niby tak, ale wolałabym chyba inną
śmierć niż rak płuc. Chociaż i tak pewnie wszyscy zginiemy na raka płuc albo
wątroby. Z takim trybem życia nie da się inaczej...
- haha, no ja też bym nie chciał tak
skończyć. Tak w ogóle to jestem Damian.
- No cześć, ja Isa.
Rozmawialiśmy i rozmawialiśmy. Spaliliśmy
całą paczkę fajek, wychodząc co chwila z tramwaju. W między czasie wpadły 3
osoby do nas. Pierwszy koleś dostał ksywkę kiełek. Geneza ksywy jest bardzo
prosta, miał tylko jednego zęba. Chciał wiedzieć kiedy w końcu zaczną się
jakieś darmowe koncerty na starym rynku, bo chcę w końcu popić bez obaw na
mieście. Persona nr 2 to podjaracz. Wlazł do tramwaju z energią jakiej nigdy
nie miałam. Gestykulował tak mocno, że prawie rozjebał mi wszystkie kubki z
godłem Bydgoszczy. Podniecał się meczem siatkówki i był rudy i brzydki. Wpadł
tylko po to żeby o tym pogadać i się popodniecać. Damian wiedział trochę więcej
na temat meczu, bo moja wiedza sportowa jest wielka niczym IQ orzecha. Po
półgodzinnym wykładzie siatkówkowym przyszła ona. Dama z walizką. Ikona miasta.
Kobieta chodząca codziennie po mieście z wielką torbą na kółkach, ubrana zawsze
elegancko, wysokie obcasy, długi płaszcz (nawet latem). Okulary zasłaniające
twarz, ciemne włosy zawinięte w kok. Ludzie zazwyczaj opowiadają o niej jakieś
miejskie legendy. Tak naprawdę to chora kobieta, która jest bardzo zagubiona.
Weszła do tramwaju jak do domu. Podeszła do ulotek, wzięła po jednej z każdej.
Wyszła bez słowa i wyrzuciła wszystkie ulotki do śmietnika który stał obok
tramwaju. Pośmialiśmy się z zachowania każdego z naszych gości, dopowiedzieliśmy
co jeszcze mogliby zrobić, śmialiśmy się. Dobrze mi się gadało z Damianem
Hiszpanem. Opowiedział mi trochę o swojej pracy, uprzedził że nie studiuję na
tej prywatnej uczelni. Jest po AWFie w Gdańsku, kocha sport. Powiedział też w końcu,
to na co ciągle czekałam:
- Co robisz jutro?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz