poniedziałek, 28 stycznia 2013

sezon na mandarynki 1





1.



Gdzie ja kurwa jestem? Pomyślałam budząc się w brudnych od mąki ubraniach. Głowa spoczywała mi na wielkim pluszowym królu lwie. Trzeba było podnieść okrutnie ciężki łeb i zwlec się z kanapy, aby w końcu dowieść gdzież spędziłam tą cudowną noc. Dom ogromny, jakieś 3 piętra. Wchodzę do kuchni. Na ziemi i na stole pełno mąki. Szklanki porozbijane, butelki puste, śmierdzi oddechem ogra i rzygami. Prawie potykam się o jakiegoś kolesia leżącego przy lodówce. Nie znam człowieka. Gdy wchodzę do salonu coś zaczyna mi się przypominać. Chyba jestem u tego Marcina. Kama się w nim podkochuje i mnie wzięła. Z resztą podobno wszystkie się w nim podkochują. Nie rozumiem jego fenomenu. Koleś niski, z brodą, która kompletnie mu nie pasuje (Zarost musi pasować do twarzy! Gdy nie urodziłeś się zarostogeniczny, lepiej zejdź z moich oczu). Do tego próbuje być drugim Justinem Timberlakiem. Wyobrażam sobie jak skacze po meblach w swoim wypasionym mieszkaniu. Chybocze się na blacie kuchennym i wydaje z siebie piskliwe dźwięki, które w rezultacie Tworzą zdanie cry me a river. Mam nadzieje, że Kama nie poleciała na jego pedalski kapelusik w stylu Justin T. Nie pamiętam żeby kiedykolwiek go ściągał. Chyba przyrósł do jego czaszki. Są na świecie ludzie, którzy zawsze noszą coś na głowie. Taki np. Rumcajs z czerwonym kapelutkiem. Jestem przekonana, że oni wszyscy coś przed nami ukrywają. Obstawiam, że Marcin zbiera sobie pod kapeluszem numery lasek z którymi spał. Niedługo będzie musiał zakładać magiczny cylinder żeby te wszystkie numerki się pomieściły. No nic. Ani kapelusika, ani też cylindra nie widziałam na swoim horyzoncie. Kama chyba też się szybciej zmyła, miło z jej strony że zostawiła kumpele na pastwę pluszowego króla lwa i mąki w gaciach. Pomyślałam sobie: „czas spierdalać, póki reszta się nie obudzi i nie każe mi zostać i pomóc posprzątać”. Jebać Marcina, na pewno ma mnóstwo dupeczek, które umyją dla niego cyckami podłogę.



Wychodzę cichaczem, potrącam jakieś zielone butelki. Przechodzę przez bramę i zapalam papierosa. I tak jestem zdumiona, że jeszcze jakiś czekał na mnie w tej białej paczuszce za jebane 12,60. Idę trochę zamotana spoglądając na swoje obuwie. Całe kurwa białe! O co chodzi z tą mąką. Czemu było jej pełno w całym mieszkaniu? Może Kama mi opowie, zadzwonie do niej.

- hey –mówię zachrypniętym, przepitym głosem.

- cześć Is. – te dwa słowa są pierwszymi słowami jakie wypowiedziała w dzisiejszym dniu, na bank.

- spałaś, nie? – mówię.

- no obudziłaś mnie, ale to dobrze, bo muszę się zbierać. Gdzie jesteś?

- no ja już wracam do domu a Ty gdzie?

- u Marcina? – Kama z wyrzutem, którego nie cierpię.

- kurwa, sorry ale myślałam że już poszłaś i wyszłam.

- dobra poradzę sobie (eeej, przestań, gadam z Is!) – mówi Kama roześmianym, flirciarskim tonem.

- kto z Tobą jest?

- no… Marcin. – odpowiada trochę nieśmiało, choć jest z tego tak naprawdę w chuj dumna, że ona ma, a ja nie.

- dobra, to powodzenia i fajnych doznań. Ale powiedz mi jeszcze tylko, czemu mam na sobie pełno mąki kurwa?!

- serio nie pamiętasz?

- jakbym pamiętała to bym się kurwa nie pytała.

- Trochę przegięłaś wczoraj. Wzięłaś całą mąkę jaką Marcin miał w domu i rozporządziłaś snow party.

- co kurwaaaaaa? Jakie snow party do chuja?!

- no chciałaś lepić bałwana i zrobić wojnę kulośnieżek czy coś takiego.

- kulośnieżek?! W czerwcu kurwa? Dobra, mogę sobie dopisać kolejny punkt na swojej liście kompromitacyjnej. Nie przeszkadzam, bawcie się.

- No na razie.

- czys.



    To wszystko jasne. Kulośnieżki w gaciach. Nie chcę wiedzieć czy bawiłam się w iglo z tym pasztetem Karkiem, który łaził za mną jak smród po gaciach. Gdy się uśmiecha, mam odruch wymiotny. Zęby ma porośnięte jakimś żółtym parchem. Nie wiem co to kurwa jest, może jakaś odmiana sera pleśniowego.

    Czas na porządny sen. W swoim ciepłym, wygodnym, pachnącym łóżku. Jedyna rzecz o której marzę - jebnąć się w wyro. Wchodzę do pokoju i tak samo jak w amerykańskich filmach patrząc tylko w sufit, spadam bezwładnie plecami na pościel.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz