Siedzę w najbrzydszym swetrze na świecie o kolorze sraki.
Tak - sraki, nie khaki. Ale pachnie, całkiem ładnie pachnie. Moją mamą pachnie,
choć on powiedziałby, że mną. Dzień był zły, cholernie wiercił mi w głowie
dziury. Przestraszyłam się dzisiaj sama siebie. Spojrzałam trochę głębiej. Mam
ostatnio do czynienia z jakąś dziwną „pewnością siebie” w złym tego słowa
znaczeniu. Nawet nie pewnością siebie tylko nawet arogancją i brakiem
dojrzałości. Kolejny raz dostałam zjebę za nic. Za ryj.
Każdy zna osobę której nie zna, ale i tak jej nie lubi. Za
ryj.
Coraz częściej mi się wydaje, coraz częściej mam wrażenie że
i mnie nie lubią za ryj. Może sprecyzuję wyrażenie „Nie lubić za ryj.” – otóż.
Nie lubię jej za to, że się ciągle uśmiecha, nie lubię jej jak co chwilę
oblizuję usta, nie lubię tego jak wymawia „r”, nie lubię jak wciąż się pyta czy
mam notatki, nie lubię patrzeć na jej wysokie buty, nie lubię gdy mówi na
facebooku, że ogląda seriale. Nie lubię jej za nic, po prostu. Nie ma
konkretnych powodów. Nie lubię Cię za nic.
Nie powinnam tak robić, nie powinnam czuć się lepsza z
jakichkolwiek powodów. To, że studiuję fotę, że coś robię w życiu więcej poza
piciem piwa na tamie, to że mam czasem dosadne uwagi, że czasem coś lepiej mi
wyjdzie, coś gorzej. Nie powinnam myśleć, że jestem lepsza. Nie powinnam
patrzeć z góry. To jest złe jak dzisiejszy dzień.
M.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz